Sutanna w magnezji

1.

Po raz pierwszy zobaczyłam Krzyśka na Pucharze Polski w Rudzie Śląskiej. Właściwie siedziałyśmy z Barbellkami obserwując walkę na pomoście i oceniałyśmy zawodników, niekoniecznie pod kątem ciężaru czy techniki w danych bojach.

„Uuuu, całkiem spoko”, dostał ocenę całokształtu opakowania plus życzliwego uśmiechu rozsiewanego wokół. Po kilku godzinach od startu, podczas dekoracji zwycięzców, zaniemówiłyśmy. „-Eeeej, to był ksiądz… –Jak to ksiądz? –No w sutannie wyszedł na podium, ksiądz. –No kuuuurczę…”. I tak go zapamiętałam, stojącego ze srebrnym medalem, w sutannie, szczerzącego się dokoła.

2.

Po kilku miesiącach udało mi się poznać Krzyśka bliżej: na Pucharze Europy w Maladze, gdzie poleciałam kibicować Karolinie (jednej z Barbellek); oczywiście dwa dni wcześniej, mimo że tym razem nie robiła wagi (no i jeszcze pięć dni później, żeby zrobić wagę pozawodową, w końcu należało jej się po pięknie zdobytym brązie ;)). Tam zaskoczyło mnie beztroskie nastawienie księdza: przylot na miejsce w dniu startu, dosłownie na styk, wylot tego samego dnia wieczorem. Wpadł na salę w sutannie, ku zdziwieniu międzynarodowych sędziów, niedowierzających, że Krzychu nie żartuje. Przyjechał po swoje, z konkretnie wyznaczonymi celami, zrobić dziewięć podejść i wrócić do Polski poprowadzić mszę. Totalny odjazd okraszony chłopięcym uśmiechem mówiącym: „no co?”.

3.

I pewnie nie tylko ja zadaję sobie pytanie: ale jak to? Przecież księża tylko siedzą, jedzą ciastka i raczej nie słyną z wysportowanych sylwetek, a dopóki nie zobaczyłam Krzysztofa na podeście, nie byłam w stanie wyobrazić sobie księdza upapranego magnezją i żegnającego się przed każdym podejściem do boju. Tymczasem ten ksiądz-dzik łamie wszystkie znane nam dotąd stereotypy. Pierwsze pytanie, jakie pojawiło mi się w głowie to: co było pierwsze w Twoim życiu? Sztanga czy Bóg?

K.F.: To pytanie trochę przypomina inne: Co było pierwsze jajko czy kura? Naukowcy jednak rozszyfrowali zagadkę, co było w tym przypadku pierwsze… Natomiast u mnie? Hmmm. Zależy jak na to spojrzeć. Oficjalnie Bóg, bo poczułem pragnienie zostać księdzem w V klasie szkoły podstawowej. A siłownią zająłem się na poważnie w wieku 17 lat, a trójbojem od 26 roku życia. Natomiast nieoficjalnie zafascynowanie ogólniepojętym sportem byłem we mnie już od 1 klasy szkoły podstawowej. Jednak warto wiedzieć, że to Bóg nam daje dobre pragnienia, ten głód czegoś, żebyśmy za tym poszli. Inaczej to można nazwać talentem, powołaniem. Jeśli ktoś nie jest głodny zazwyczaj nie będzie jadł, chyba że jakaś Barbelka coś dobrego upichci 😉 Kiedy nie ma w nas wewnętrznego głodu, prędzej czy później nie będzie my tego robić np. ćwiczyć, odchudzać, modlić się itp.

 

B.: A skąd bierze się u Ciebie ta motywacja do treningów mimo dosyć angażującej pracy? Wystarczy chęć utrzymania się na podium na kolejnych zawodach?

K.F.: Motywacja zewnętrzna w postaci kija i marchewki pomoże co najwyżej na krótką metę, natomiast motywacja wewnętrzna czyli ten głód, to pragnienie spowoduje że zaczniemy kochać to co robimy, choć może być czasami ciężko. A apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc im bardziej będziemy podążali za tym dobrym pragnieniem wraz z pomocą z Góry tym więcej dobra to wniesie w nasze życie i innych. Będzie w nas ogień i tym ogniem będziemy podpalać innych. Bóg dał mi dar pragnienia oprócz służenia Mu i innym poprzez bycie księdzem, dar pragnienia podnoszenia wielkich ciężarów. Ciągle się Boga pytam czy to jest ta droga, bo łatwo można to dobre pragnienie źle zrealizować, zmarnować, zniszczyć, skręcić w złą stronę. Póki co daje mi ludzi i poprzez różne sytuacje pokazuje, że mam póki co dalej ćwiczyć. I za to Mu dziękuję. Kocham podnosić wielkie ciężary, chcę jeszcze większe.

 

B.: Czyli Boga można nazwać Twoim partnerem treningowym?

K.F.: Mam wielkie marzenia i chcę je z Bogiem realizowac, bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Chcę jak św. Piotr chodzić po wodzie. Wychodzić z łodzi swoich lęków, słabości, ludzkich ograniczeń i robić to co się innym nie śniło. Będzie to możliwe tylko dzięki zaufaniu Bogu, nie sobie. Pokładaniu w Nim siły, nie w sobie. Doświadczyłem tego nie raz, a tak bardzo namacalnie na Mistrzostwach Polski w Sosnowcu, gdzie pobiłem rekord Polski w martwym ciagu. W II podejściu podniosłem 260 kg i było ciężko, ale trzeba było powalczyć o rekord Polski i w III podejściu udało się 267.5 i było lżejsze niż 260 Po kilku dniach wysłał do mnie smsa mój trener. Chcę się wyspowiadać. Ja mówię ok. Ale czemu spowiedź?  Bo obiecał Bogu, że jak pobije rekord Polski to się wyspowiada i zacznie chodzić co niedzielę na Mszę św.

 

B.: Treningowe plany na Nowy Rok?

K.F.: Chcę powalczyć o złoto na Pucharze Polski w marcu i dalej iść po swoje rekordy. Życzę każdemu z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku, aby te dobre pragnienia, które są w naszych sercach realizować z Bożą Opatrznością, a wtedy zaczną dziać się cuda. Pytanie czy jestem w stanie zaryzkować?

 

B.: Bez ryzyka nie ma tej nutki adrenaliny, którą tak kochamy na pomoście. Dołączam się do życzeń, w Nowym Roku nie bójcie się podejmować wielkich decyzji i rzucać na wielkie ciężary, i jedno i drugie prędzej czy później przyniesie dobre efekty, o ile wszystko robicie w dobrej wierze i z uśmiechem na ustach 😉

K.F.: Amen!

B.: Bum, przypinka!

Polecane produkty

International sales manager 22 379 76 23 sklep@realpharm.pl

FreshMail.pl
 

Wyrażam zgodę na przetwarzanie adresu e-mail.

FreshMail.pl